Menu

Znajdź nas na facebooku

Klip obozowy

Zobacz galerie

Pomóż reklamować obóz!

To już mój drugi Biały Dunajec. Na początku zawsze wraca się pamięcią do tego co już było i nieuniknione są porównania. Jeśli ktoś spyta mnie jak było w tym roku odpowiem, że na pewno było inaczej.

Jesteśmy wspólnotą, która przez dwa tygodnie spędza ze sobą czas bardzo intensywnie. Ja pierwszy raz mogłem podzielić się górami z innymi. Nie chodziłem tylko dla siebie, ale oprowadzałem po nich. To dało mi więcej motywacji do działania i szukania miejsc szczególnie pięknych i mimo, że oglądałem je po raz drugi, to każdy promień słońca czy zasłonięcie przez mgłę powodowało, że czułem jakbym był to pierwszy raz.

Tatry zachwycają i ciężko się w nich nudzić, ale najważniejsze dla mnie było to, że kompletnie obcy mi ludzie stali się mi bliscy. Idąc z kimś górskim szlakiem przez cały dzień, czułem że jestem gotowy się otworzyć i powiedzieć co czuje. Nie zawsze było tak „słodko” czasem zmęczenie też robiło swoje i nie zawsze na wszystko przychodziło mi ochota. Często toczyłem walkę z samy sobą czy wytrwam przez całe 2 tygodnie w górach z ludźmi, których dopiero poznaje.

Tu z pomocą przychodziła codzienna Msza św. Mogłem podczas niej oddać Bogu wszystkie swoje sprawy. Pomodlić się także za tych „trudnych” do przyjęcia ludzi i podziękować, że mogę tu być. Niesamowite było to, że z każdym dniem widziałem jak wzrasta moja otwartość na innych ludzi, jak bardzo wiedziałem swoją zmianę, jak każdy dzień pokazywał mi moje słabości, które chce przełamywać.

Na półmetku obozu poczułem, że moja obecność tutaj ma sens i poczułem, że bardzo się cieszę, że się tu znalazłem, że w mojej chacie powoli czuje się jak w domu (przestał mi nawet przeszkadzać materac na którym spałem). Im więcej było Boga, tym więcej było też radości w nas i zaczęliśmy być jednością, która mimo, iż składała się z kompletnie różnych kawałków – potrafiła napisać i zaśpiewać piosenkę, która podbiła tzw. „Internety”. Takie rzeczy pokazały, że razem możemy wiele, ale najpierw... trzeba się ostro pokłócić.

Czas na Białym był dla mnie owocny i zawsze można powiedzieć, że tego czy tamtego się nie zrobiło… ale to nie jest najważniejsze. Fajnie, że schudłem 3 kg i mam 30 nowych znajomych na fb, ale najważniejsze, że odkryłem siebie, swoją tożsamość, swoje słabości i poznałem Boga, który mieszka także w polskich Tatrach.

 

Wojtek z DA Redemptor

Niepokój. Niepokój, który uderzał do mego serca tak miarowo, jak stukot pociągu, którym jechałem, rósł razem z pojawiającymi się na południu górami. Niepokój przed nieznanym. Przed Białym, przed ludźmi, o których nic nie wiedziałem. Kogo w końcu mogłem znać, jeśli z Wrocławiem łączył mnie jedynie magnes wiszący na lodówce i świadomość przyszłych studiów na Politechnice?

W końcu wysiadłem na stacji Biały Dunajec. Po drodze do chaty minąłem dwóch zakonników, bodajże franciszkanów. Wtedy coś we mnie drgnęło i oprócz niepokoju obudziła się we mnie ciekawość. Nie chodzi o to, że ciekawości we mnie wcześniej nie było, ale w tamtym momencie dała o sobie szczególnie znać.

Jak obóz będzie wyglądać? Czy spotkam kogoś wartościowego? Czy wśród tych licznych wycieczek w góry, o których pisano w Internecie znajdę czas na rozmowę i modlitwę? Na wszystkie te pytania z biegiem czasu znalazłem odpowiedź i każda z nich mnie ucieszyła.

Pierwszego dnia wieczorem po wspólnej Mszy św. obozowej w kościele białodunajeckim, w świetlicy w naszej chacie, miało miejsce wspólne spotkanie. Na nim, po przywitaniu i konferencji wstępnej, zapisywaliśmy się na trasy i dyżury kuchenne. Na każdą trasę turystyczny zabierał kilka osób, podobnie w przypadku kuchni: kuchenna miała kilka osób do pomocy. Zapisałem się.

Drugiego dnia rano pierwszy raz wsiadłem do „Wariata” i ruszyłem w góry. Byłem przeszczęśliwy widząc po raz kolejny Kuźnice i góry leżące tuż przede mną. Chciałem znów je zobaczyć, tetmajerowskie „Ciche,mistyczne Tatry” całą swą dobitnością świadczące o niesamowitym kunszcie Stwórcy. Ile razy bardziej, Bóg jest bliżej nas, w każdym krzaku, głazie, w każdej przełęczy i szczycie. I do tamtej pory to właśnie góry były głównym celem mojej podróży. Myliłem się jednak. Celem było stworzenie wspólnoty i odkrycie w niej miejsca dla siebie, a „ W Białym jest wszystko” co jest do tego potrzebne.

Jedną z tych rzeczy były niewątpliwie nasze wyjścia w góry. Były one świetnym momentem do budowania relacji z innym obozowiczami: rozmową, podczas wspólnych posiłków, a także niejednokrotnie dzielenia zmęczenia po powrocie z gór. Równie nieocenione w integracji były dyżury kuchenne oraz „zmywak”, nad którymi pieczę sprawowała, zawsze pomocna, wszechwiedząca oraz „Królowa Dunajeckich Chat”, nasza gaździna Hania. Oprócz tego spotykaliśmy się całą chatą na wspólnych posiłkach oraz spotkaniu i modlitwie wieczornej. Wszystko to budowało niesamowitą atmosferę, która sprzyjała nawiązywaniu nowych przyjaźni bez względu na wiek czy zainteresowania.

Kiedy przechodziłem przez stołówko-świetlicę, zawsze znajdowało się w niej kilka osób pochłoniętych żywą dyskusją, albo skupionych na rozgrywce w planszówki lub karty. Sam nie raz zagrywałem się, czy rozmawiałem z nowo poznanymi ludźmi. Myślę, że oprócz tych wszystkich rzeczy zintegrował nas dość mocno Dzień Wspólnoty, który spędziliśmy razem z całą chatą w Małym Cichym, gdzie poprzez gry i zabawy mogliśmy się lepiej poznać.

Szybko przekonałem się że Biały Dunajec nie ogranicza się jedynie do mojej chaty. Cały czas trzeba pamiętać, że obóz liczy ponad 600 osób i kilkanaście duszpasterstw. Najlepiej odczuwało się to podczas Mszy św., gdy razem, całym obozem, modliliśmy się, śpiewaliśmy, wyznawaliśmy swą wiarę. Nasz kontakt to nie tylko Najświętsza Ofiara. Rozszerzał się na zawody sportowe, Konkurs Piosenki Wszelakiej, czy Dzień Otwartych Chałup.

Nigdy nie zapomnę emocji związanych z meczami w "siatkę" i koszykówkę oraz prób przed występem w kościele w Zakopanem podczas Festiwalu czy kiedy po raz pierwszy w życiu mogłem poczuć się jak kelner w chatkowej kawiarence. Tutaj po raz kolejny jako chata, jako wspólnota, musieliśmy coś stworzyć, czy to drużynę, czy piosenkę do festiwalu i po raz kolejny mieliśmy okazję się poznać ale z troszkę innej strony.

Przed wyjazdem pełen obaw, po przyjeździe pełen dobrego humoru, wspomnień, bogatszy o nowe znajomości i nadzieję na rozpoczęcie wspaniałej przygody z Duszpasterstwem. Myślę, że najlepiej Biały Dunajec charakteryzują słowa piosenki zaśpiewanej przez Maciejówkę „W Białym jest wszystko”. Ja znalazłem wiele.

 

Michał z DA Dominik

XXXII Obóz Duszpasterstw Akademickich w Białym Dunajcu, co oznacza że już od 31 lat młodzież akademicka, wszelakiej maści studenci zjeżdżają się do małej wsi na Podhalu, by... właśnie, właściwie po co oni wszyscy tam jadą? Żeby poznać nowych ludzi? W końcu poznać lepiej Boga? A może żeby się jakoś lepiej wkręcić na dobry początek w tę trzeba przyznać różniącą się niewyobrażalnie od ludzi, z jakimi miało się dotąd do czynienia, społeczność?

W tym roku pierwszy (i jestem zdecydowanie pewien że nie ostatni!) raz wziąłem udział w tym niewiarygodnie wielkim przedsięwzięciu, i właśnie te pytania przyświecały mi od momentu, kiedy się zapisałem na listę.

Szczerze? Nie miałem pojęcia czego mam się spodziewać, co zastanie mnie na miejscu, czy to jest w ogóle możliwe, by tak wielka grupa osób, była tak przesiąknięta katolickimi wartościami, i dobrem, jak opowiadali mi znajomi, którzy byli tu wcześniej.

Przyznam, że nie czułem się pewnie, tym bardziej że w próbach namów znajomych, by towarzyszyli mi w tej zmieniającej człowieka przygodzie jaką był ten wyjazd, czuć było opinię, że polega to przede wszystkim na „klęczeniu na grochu i odmawianiu zdrowasiek od rana do wieczora”. Jakże bardzo się mylili... dowiedziałem się, że trafiłem do chaty „Horeb”. Była to jedna z najmniejszych chat, na tyle, że w pewnym momencie była nas tylko dziesiątka, jednak zdaje mi się, że była to jej zaleta. Pozwalało to lepiej poznać drugiego człowieka i w lepszy sposób nawiązać, prawie że, rodzinne więzi...ale o tym potem.

Musiałem dostać się jakoś na obóz. Mieliśmy kilka opcji. Ja wybrałem tą najłatwiejszą, czyli autobus. Już sama podróż była interesującym przeżyciem, bo czuć było, że ludzie byli tam...inni! Pierwszy raz od dawna spotkałem się z tym, że w grupie, bez skrępowania ani obecności księdza obok, rozmawiają o Bogu! Już wtedy wiedziałem, że jadąc tam dokonałem dobrego wyboru, a potem było już tylko lepiej, bo po dojechaniu na miejsce zostaliśmy bardzo życzliwie przywitani przez grupę dziwnie ubranych ludzi i zaprowadzeni do chatek.

Ludzie ci, okazali się kadrą chatek, a ich stroje dopasowane były do tego, co było w ich wnętrzu. Akurat w tym roku "Horeb" miał temat „gry retro” (bardzo fajny temat tak swoją drogą). Każdego dnia mieliśmy mieć Mszę św. Kolejna niespodziewana rzecz - nie była ona obowiązkowa. Kazania dostosowane były niejako do nas, do tej grupy wiekowej. Nikt nie naciskał nikogo z nas na modlitwę, a mimo to, w kościele było tyle ludzi, że nie było gdzie usiąść, a czasem nawet stać, jeśli przyszło się za późno. To było coś wspaniałego i niespotykanego!

Wracając do domowej atmosfery, codziennie, z wyjątkami dni, kiedy były zawody sportowe i bieg otrzęsinowy, były wyjścia w góry. Niezwykłe jest doświadczenie jedności nie tylko w chodzeniu, ale również w przygotowywaniu posiłków i podejmowaniu odpowiedzialności za innych. Każdego dnia na dyżurze zostawały 2 osoby w chatce i gotowały dla całej reszty. Czuliśmy się jednością - byliśmy grupą.

Wzajemna pomoc nie istniała wyłącznie w kuchni, ona była wszędzie! Nikt nie czuł się gorszy! Jeśli poczułeś się gorzej w górach, zaraz znalazł się ktoś, kto dotrzymał ci towarzystwa w czasie kiedy zbierałeś siły by pójść dalej. To wszystko sprawiało, że Biały Dunajec był dla mnie czymś z innej planety, na której ludzie są  bezinteresownie dla siebie dobrzy, na której nie trzeba się bać wyśmiania z powodu tego, że się wierzy w Boga, na której mimo pełnej wolności, nie czyni się nic złego ze względu właśnie na dobro drugiego człowieka. To była chrześcijańska idylla!

Czy poleciłbym ten obóz innym, tym, którzy będą się zastanawiali za rok, czy wziąć w nim udział? Oczywiście! Przebywanie w tym miejscu i z takimi ludźmi to prawdziwy odpoczynek zarówno dla ciała jak i ducha. Natomiast każda górska wędrówka to okazja do rozmów, a także do rozmyślań. Zdaje się, że doskonale podsumowuje ten wyjazd pewna powszechnie znana maksyma, głosząca, że "w zdrowym ciele znajduje się także i zdrowy duch".

 

Bartosz z SDA Horeb

W tym roku znów zdecydowałam się pojechać na obóz. Przede wszystkim dlatego, że jest to wspaniała alternatywa dla życia w mieście. Można spędzić czas w tym niesamowitym miejscu - w szczególności na łonie tatrzańskiej natury.

Z pewnością siebie jechałam do Białego Dunajca z kilkoma osobami „na własną rękę . Kiedy dotarliśmy do celu, poczułam się tak, jakbym kompletnie nie opuszczała tego miejsca. Wszystko bowiem było takie samo.

Zmieniła się jednak kadra i ludzie w "mostowej" chacie. Musiałam więc przez kilka dni przyzwyczajać się do nowego otoczenia. Nie było to dla mnie łatwe, choć zastanawiałam się jak to możliwe, że ja - typowo otwarta osoba - mam problem z nawiązywaniem nowych znajomości? Oczywiście zdawałam sobie sprawę z tego, że początki są trudne, co przypominało mi wiele bliskich osób, które towarzyszyły mi na obozie przez całe dwa tygodnie.

Po dwóch dniach rozkręciłam się na dobre. Znów byłam dawną osobą, która swoją - dość oryginalną osobowością - wprowadzała w chacie komiczną atmosferę. Podczas biegu otrzęsinowego postanowiłam przewodzić grupie pierwszorocznych uczestników, co jeszcze bardziej ukazało mój szalony charakter. Zapewne większość z was pamięta ten suchar, który mówiłam w wielu odwiedzanych chatach: „Jak się śmieje łyżka? - łychy, chy, chy”.

W tym roku postanowiłam nie leniuchować i zdobywać możliwie jak najwięcej szczytów. Niestety, pogoda nie bardzo pomogła zrealizować moje plany, jednakże każde wyjście w trasę obfitowało w niesamowite przeżycia. To tutaj – na łonie tatrzańskiej natury - mogłam poczuć prawdziwą wolność od wszelkich zmartwień i problemów. To tutaj mogłam poznawać nowych ludzi i pogłębiać z nimi relacje. Każde wyjście w góry było też sprawdzianem wytrzymałości pod względem psychicznym i fizycznym.

Mimo że Biały Dunajec trwa aż dwa tygodnie, to czas minął bardzo szybko. Dzień przed wyjazdem zrozumiałam, jak wiele spraw, którymi się martwiłam, były niczym w porównaniu do bólu tęsknoty za tym wszystkim, czego doświadczyłam. Jednak wiem, że w październiku znów spotkam się z większością znajomych w Salezjańskim Duszpasterstwie Akademickim „ MOST ”, a wtedy zacznie się kolejna studencka przygoda.

Tegoroczny Biały Dunajec obfitował w nieprzewidywalne doświadczenia w moim życiu. Musiałam się zmierzyć z wieloma sytuacjami, co nie było proste, bo emocje grzmiały we mnie jak burza. Nie żałuję, że pojechałam drugi raz na obóz. Nie był to łatwy dla mnie czas, jednakże, dzięki temu, mogłam doświadczyć obecności Boga, który w szczególności pokazywał swoją potęgę podczas wędrówek w górach i codziennych Mszach św.

Jak będzie w przyszłym roku? Nie wiem! Jest za wcześnie, by o tym rozmyślać... W każdym razie chciałabym przyjechać tu trzeci raz. Tym razem nie jako zwykły uczestnik, a jako osoba z kadry!

 

Dorota z SDA Most

 

Jestem studentką Politechniki Wrocławskiej. O Obozie Duszpasterstw Akademickich w Białym Dunajcu dowiedziałam się od kolegi przez przypadek. To była kusząca propozycja - dwa tygodnie w Tatrach. Zaczęłam poszukiwać informacji, na stronie obozu, gdzie znalazłam odpowiedzi na wszystkie nurtujące mnie pytania. W teorii wiedziałam wszystko - wiedziałam, gdzie dokładnie jest obóz, jak wygląda harmonogram, co powinnam spakować, by być dobrze przygotowaną na wyprawę w góry itp.

Okazało się, że organizatorami wyjazdu są studenci związani z duszpasterstwami akademickimi, a ja nigdy nie byłam związana z tym środowiskiem. Nie było to jednak przeszkodą. Rejestracja elektroniczna, przelew, pakowanie, dobry humor i już byłam gotowa, by ruszać w nieznane.

Tak trafiłam do Białego Dunajca - uroczej, klimatycznej górskiej miejscowości. Po wyjściu z autokaru czekało już na mnie kilka osób na czele z szefową naszej chaty - Patrycją. Miłe powitanie i wspólnie udaliśmy się do naszego tymczasowego domu, w którym stacjonowało DA "Przystań". Tam poznałam pozostałych obozowiczów - każdy pogodny i gotowy na wspólne wycieczki oraz zabawy integracyjne. W naszej grupie był także ksiądz Grzesiek i siostra Karolina. W każdej chwili można było porozmawiać z nimi o nurtujących nas problemach religijnych, jak i o rozterkach związanych z podejmowaniem codziennych decyzji.

Kolejne dni obozu rozpoczynały się wspólnym śniadaniem, przed którym odmawialiśmy modlitwę, najczęściej w formie pobudzającego śpiewu po którym od razu nabierało się ochoty na jedzenie i wyprawę w góry. I tak po posiłku wyruszaliśmy na szlak w poszukiwaniu przygody, przemierzaliśmy tatrzańskie szlaki, doliny, jaskinie. Raz dopisywała nam pogoda, czasem padał deszcz a nawet śnieg. W trakcie wędrówki robiliśmy przerwy na posiłek oraz wspólną modlitwę. Później powrót do chaty gdzie czekało na nas ciepłe jedzenie i chwila relaksu, by zaraz udać się na Mszę św. i Nieszpory.

Wszystko to - modlitwa, śpiew, wspólne wędrówki, zmęczenie - pomagało odnaleźć spokój oraz odkrywać siebie, swój charakter i możliwości. W chwilach kryzysu, fizycznego czy psychicznego zawsze znajdował się ktoś, kto podał pomocną dłoń, powiedział dobre słowo czy przygotował kanapkę z "kremusiem". Wszyscy uczestnicy obozu z naszej chatki byli bardzo mili i przez dwa tygodnie stworzyli niesamowitą atmosferę serdeczności. Było niczym w wielodzietnej rodzinie, gdzie każdy obdarzał się szacunkiem i wyrozumiałością.

Taki wyjazd pozostaję w pamięci na zawsze i opowiada się o nim znajomym, wspominając z utęsknieniem wspaniałe chwilę spędzone na XXXII Obozie Duszpasterstw Akademickich w Białym Dunajcu. Teraz już wiem, że decyzja o wyjeździe z Duszpasterstwami Akademickimi była strzałem w dziesiątkę.

 

Anna z DA Przystań